No kto by pomyślał?
Tą historię opowiem Wam ja – Marta. To będzie moja wersja zdarzeń i moje emocje związane z tym jak doszło do powstania tego szalonego pomysłu Bovskich Historii. Liczę na kontrhistę Anki. Albo może oddam jej rozdział Bovskie Historie – kontunacja. Nie wiem, ale rozsiądźcie się wygodnie i weźcie coś do picia, bo krótko “o nas” to już było…
Body dziecięce.
Żeby zrozumieć tą historię muszę Wam opowiedzieć kontekst i wrócić do 10 kwietnia 2019 roku.
W tym dniu zostaję pierwszy raz w życiu mamą. Mamą małej dziewczynki, która wywraca mój świat do góry nogami, bo pierwszy raz w życiu uczę się nowej roli. Z dziewczyny, która jest “światową powsinogą” – podróżniczką, marzycielką, “fotografką dla siebie”, uczestniczką miliona eventów, koncertów, “montażystką filmów dla znajomych”, pracownikiem administracji publicznej o zasięgu międzynarodowym, zamieniam się w mamę, od której społecznie wymaga się odpowiedzialności, opiekuńczości, stałości. Grubo! Wtedy w mojej głowie hula myśl “Hellllooou – mam być przewodnikiem tej małej duszyczki, małej kruszyny. Zadbać o nią i dać jej jakieś w miare dobre warunki dla rozwoju”. I to tam zaczyna się tzw. życiowa rozkmina nad tym jakie wartości chciałabym pokazać mojej córce, i jaką mamą siebie widzę za kilka lat. Przecież moje życie to nie jest stała, to ciągła zmiana. Teraz stawiam kropkę tutaj, ale wrócę do tego na końcu.
W życiu towarzyszy mi Maciek. Też w zupełnie nowej roli. Mamy podobne zainteresowania, jesteśmy ze soba już jakiś czas i w sumie jest nam w swoim towarzystiwe po prostu super. Dotychczas jesteśmy po prostu Martą i Maćkiem. Przełom przychodzi 26 maja 2019 roku.
Nooo dobra – opowiem Wam tą histę. Znacie te romantyczne oświadczyny na końcu świata, in the middle of nowhere z wilekim pierścionkiem, z ukrytym fotografem, k†óry został zakontraktowany w tajemnicy przede mną, żeby uwiecznić ten moment, a w oddali widać przelot pelikanów lub skaczące w morzu delfiny ??? – ELO! To nie ta historia. Moja jest bardziej fascynująca xD
Jest 26 maja 2019 – w kalendarzu “dzień matki”. Mam w domu półtoramiesięczne dziecko. Dzień wcześniej mam ogromny kryzys. Mam wrażenie, że nie jestem ani dobrą mamą (dzisiaj wiem, ze małe dzieci płaczą), ani “dobrą dziewczyną” Maćka, bo ciągle płaczę i chodzę rozregulowana emocjonalnie. Ogólnie tego dnia czuję, że jestem całym zaprzeczeniem tego wszystkiego czego chciałabym, żeby w tamtym momencie przychodziło mi z łatwością. Jestem niewyspana i swoim najgorszym wydaniu. Budzę się tego dnia o 5:30. Okeeej budzi mnie Kajka. Maciek tez wstaje. Po póltora godziny codzienności czuję, że coś jest jakoś dziwnie. Musicie wiedzieć, że Maćka wyczuję na odległość. Coś się święci na bank. Ale jestem zmęczona tak bardzo, że ignoruje samą siebie i wszystkie znaki. On mi mówi, że ja mam zjeść, zrobić sobie kąpiel (to jakby luksus we wczesnym macierzyństwie, taki czas sam na sam) – on ogranie. Koło 9 rano mieliśmy wyjść z domu, jechać sobie gdzieś na spacer i potem do mojej mamy z kwiatkiem. No i tak chodzę po domu, dziecko leży, Maciej jakby daje jakieś znaki, ma jakis taki dziwny wyraz twarzy, ale udaje greka. Nie wiem o co biega, więc stawiam na to samo i udaję greczynkę. Ale później wiedziałam już, że ten wyraz na jego twarzy to było “zniecierpliwienie podekscytowaniem”. Otóż babska miała na sobie od rana body. Body jak Body. Biało-różowe. Jak milion innych body dla bobasek z H&M. Ale to body miało na sobie wielkie hasło “Mamusiu czy zostaniesz żoną tatusia?” – Czy domyślacie się kiedy to odkryłam? Strzelajcie! Taaaak, przy przewijaku.. Jak odkryłam ten napis to stałam już ze zużytym pampersem w ręce i z klęczącym Maćkiem za moimi plecami xD
Po co ja to piszę pomyślicie? Proste! To body, to pytanie i ten pierścionek to będzie powód, dla którego zacznę szukać Anki!
Moje lata 30te – Pandemia i mama lama.
Listopad 2019 – moje 30. urodziny. Jestem narzeczoną, ale jeszcze bez terminu ślubu. Nie śpieszy nam się. Bawimy się z najlepszymi przyjaciółmi na mojej własnej imprezie urodzinowej, na monciaku w Sopocie. Dostaje życzenia – wśród tych życzeń słysze takie, które chce usłyszeć – bądź zawsze sobą, nigdy nie rezygnuj z własnej kreatywności, życzymy Ci, żeby lata trzydzieste były najlepsze i tak samo odjechane jak lata dwudziste. Wciągam też życzenia całą sobą, ale mam taki rezo w głowie. W tym wszystkim pamiętajmy o bobasce, która śpi właśnie słodko pod opieką u dziadków. Cały czas szukam wspólnego mianownika – pomiędzy stabilizacją a przeszłą spontanicznością.
Na tej samej imprezie, ktoś pierwszy raz wspomina o Wuhan i o tym, że ponoć chodzą ploty, że z jakiegoś labolatorium wydostał się jakiś śmiertelny wirus. Ale to tylko ploty, a my się bawimy. Chwilę po moich urodzinach były święta i w sumie to tam podjęliśmy decyzję, że ten ślub to tak fajnie by było jeszcze w wakacje, za pół roku. Chcieliśmy małą uroczystość cywilną z imprezą na stojaka w formie bankietowej – w 2020 roku serio nieoczywisty wybór. Garden Party? Slow wedding – co to?
W tym czasie bliskie mi były mamo-tematy i bardzo, bardzo pokochałam kanał na YT “Mama Lama”, prowadzony przez Annę Von Weber i Olę Miskę Woźniak. Ogólnie wydaje mi się, że nawet dzisiaj (gdybym miała czas) obejrzałabym go z przyjemnością od pierwszego do ostatniego odcinka. Dzisiaj ślędzę raczej losy dziewczyn i kibicuję “Pomelody”. Ale! Na kanale dziewczyn w tamtym czasie pojawia się taki odcinek specjalny “5 sposobów na udane wesele” – z gościnnym występem Przemka Ciemieniejewskiego. I to jest odcinek, po którym znajdujemy się na pierwszego usługodawcę ślubnego – Dja na naszą imprezę. A ta decyzja nada tępo reszcie. Puszczam Maćkowi odcinek, żeby zobaczyć jego reakcje i już wtedy oby dwoje wiemy to jest ON! Szukam Przemka na Insta i moim oczom ukazuje sie chłopak, który oprócz tego, że jest na podobnych wibracjach ma jeszcze najlepsze światła na świecie – znowu.. w 2020 roku jeszcze nie każdy miał takie światła. Moje fotograficzne “ja” wie, że światło jest kluczem do dobrych zdjęć.
Jak ustaliła się nasza data ślubu? Proste! Na podstawie dostępności Przemka – to będzie 13 lub 27 czerwca 2020, bo tylko tam Przemek ma wolne terminy.
Teraz trzeba było znaleźć miejsce, fotografa, filmowca i florystkę. Aaaaa no i outfity. To paradoksalnie było najtrudniejsze, bo od koleżanek hajtniętych wiedziałam, że to trzeba załatiwać rok szybciej. Wspaniale. Ja mam 6 miesięcy.
Alternatywne Targi Ślubne – czarodziejka i dziewczyna w kapeluszu
O tych Targach dowiedziałam się z sieci wpisując hasła “slow wedding”, “ślub inaczej”, “ślub alternatywny”. Wcześniej chodziłam na Targi z koleżankami w ich sprawie, ale nigdy nie znalazłam tam niczego dla siebie, ani o sobie. Przytłaczały mnie wielkie hale, kolorowe jarmarki, roll-upy i kolorowe światła w kropeczki. Nie byłam w tym sama – Maciek miał tak samo jak ja. Alternatywne Targi Ślubne w Gdańsku odbywały się wtedy w Starym Maneżu, a ja znałam to miejsce z koncertów i z wyjść ze znajomymi. Czułam się tam dobrze. To był znak! Idziemy!
Tam było baaardzo dużo wystawców. Dla mnie dużo, chociaż i tak o połowę mniej niż na innych Targach tego rodzaju. Sądziłam na początku, że lepiej zacząć od florystki i sukni ślubnej, bo przecież fotografia i film zajmą mi o wiele więcej czasu, bo będę czepialska. Na tej usłudze zależało mi najbardziej!
Wchodząc na halę nie spodziewałam się, że tego dnia “zakocham się dwa razy”.
Suknia ślubna – nie może mieć żadnych “stelaży”, najlepiej zwiewna, ani nie biała, ani nie beżowa, coś pomiędzy. Kompozycje kwietne mają być w małej ilości, ale na bogato, tak żeby ściągały oko tam gdzie mają ściągnąć. Idę z Maćkiem przez te alejki i włączam skaner wrokowy. Mój kąt oka dostrzega mijanych fotografów i filmowców, świdruje, w stronę Malwiny i Wojtka Jackiewiczy, bo widzi tam swoje ulubione kolory, ale idę dalej twardo ze skanerem załadowanym na cel – suknia! I wtedy “boom” pierwszy strzał – szyld Arttrend “suknie, biuteria, dekoracje ślubne”. Patrzę na manekin – a tam suknia ślubna uszyta w mojej głowie. Podchodzę, być może wtedy to już ciągnełam Maćka za łokieć, nie wiem. Na stanowisku stoją dwie dziewczyny – Pani Karolina i Pani Agata. Ale to Karolina (dzisiaj jesteśmy koleżankami z branży) kradnie moje serce jedną odpowiedzią. Na pytanie czy wogóle możemy rozmawiać o sukni ślubnej na czerwiec – Karolina lekko zaskoczona odpowiada “możemy rozmawiać o sukni ślubnej na za miesiąc. Wszystko możemy”. I tak po długich rozmowach, znając mnie – bardzo długich wyszłam z terminem przymiarek. Nie wiedziałam jeszcze jaka to będzie suknia, ale Karolina i Agata kupiły nas swoją otwartością, dyspozycyjnością i kreatywnością.
Musieliśmy zrobić przerwę. Wyszliśmy na zewnątrz, zjedliśmy coś. Nadszedł ten moment – zdjęcia. Wchodzimy na hale targową od boku, koło stanowiska Arttrendu. Maciek powiedział, że w fotografię technicznie wogóle się nie wtrąca. On będzie skupiał się na wibracjach z człowiekiem. Jesteśmy, stoimy, głęboki oddech – raaaz, dwaaaa…. i chciałabym powiedzieć trzy, ale centralnie na skos , gdzie skierowałam bezwiednie wzrok stała ONA!
Niska dziewczyna w uroczym kapeluszu, uśmiechnięta, poprawiająca fotoksiążki na stole (dzisiaj wiem, że poprawiała je, bo tak reguluje sobie stresik). Dziewczyna w kapeluszu, za którą stoją takie metalowe kratki i jakaś drabina, a na tych kratkach i drabince są zawieszone “moje” zdjęcia. W sensie te zdjęcia nie były moje (nie ja je zrobiłam), ale jakby moooje – ja zobaczyłam tam moje ulubione kadry, kolory które kocham i zobaczyłam zdjęcia roześmianych, niepozowanych ludzi na plenerze, zobaczyłam wieloplan i biało-czarny reportaż. Ten moment zapamiętałam i żałuję, że nie umiem wydrukować mojego obrazu tej sytuacji z głowy. Tak miało być – na stoisku stoi Ania Jadusińska, a w Starym Maneżu zaczyna się historia o przyjaźni, o wspólnych planach, o moich latach trzydziestych i życzeniach urodzinowych. Ale kto by przypuszczał?
Ja Was chcę!
Wiecie o co zapytała nas Anka jak podeszliśmy do niej? Zapytała nas co tam u nas słychać. Serio, bez ściemy! Dziewczyna w kapeluszu zanim powiedziała cokolwiek o sobie zapytała “co u nas słychać” – niewiarygodnie intrygujące. I nie wiem czy to mój charakter i moja osobowość uznały, że na intrygujące pytanie, należy oddać równie intrygującą odpowiedź czy to już zadziałało coś co dzisiaj nazywamy “rezo”, ale powiedziałam coś w stylu “No hej. Planujemy ślub. Ślub bedzie za pół roku, nie mamy daty, nie mamy sali, ale wiemy, że cały ślub i wesele ma się odbyć w stylu slow na naszych warunkach w ogrodzie, być może u rodziców”. Anka spojrzala wtedy na nas spod kapelusza i padło hasło “Ja Was chcę!” – nie wiem co pomyślała Anka i co miała wtedy w głowie i jakie uczucia. Szczerze powiedziawszy liczę serio, że ona napisze drugi taki sam rozdział z jej przemyśleniami, żebyśmy mogły to sobie zestawić i zrobić z tego narzędzie do analizy xD Wiem tylko, że oczy jej się zrobiły większe niż zazwyczaj ma.
Po tym haśle pękło kolejne pół godziny rozmowy o kadrach, o książkach o wszystkim i o niczym. O tym kim jesteśmy, co robimy i nawet nie zniechęciło jej to, że na tamten moment nie mogliśmy pozwolić sobie na pełną publikację naszych wizerunków.
Po wizycie u Anki ja już miałam pewność, że to jest ona. Maciek nic nie mówił. Maciek był skoncentrowany na wibracjach, ale porozamwialiśmy dopiero w domu. Wzięliśmy jeszcze oferty od innych usługodawców, ale z mojej strony to była pro forma.
Bardziej skupiłam się już tylko na filmowcach, ale de facto był tylko jeden, który mnie wtedy interesował. Niestety nawet jak na stawki z 2020, nie mieliśmy na Wojtka budżetu. Po prostu. Tak, to był Wojtek Jackiewicz. Do filmu wrócimy później.
Wiemy, że czekałaś na ten telefon!
Po powrocie do domu usiedliśmy i w sumie zgodnie stwierdziliśmy – Ankę musimy potwierdzić. Tylko jak potwierdzić dziewczynie usługę na termin, którego nie ma? Tak samo jak Przemka, umówmy się na dwa terminy i któryś z tych dwóch to będzie ten. Dzwonimy!
- Halo?
- Czy dodzwoniłam się do Anki?
- Tak, przy telefonie.
- Hej, tu Marta. Ja dzwonię w sprawie tego ślubu w ogr….
- Jezuuuu. Ja chciałam, żeby ten telefon zadzwonił i chciałam, żebyście to byli Wy.
Kryształowa kula i dochodzeniówka to nasza super moc
Trochę z tego się śmiejemy, ale w czasie teraźniejszym uważam, że gdyby nie foto&film to najlepiej szło by nam w branży detektywistycznej, bo obie jesteśmy w tym świetne. Ja nie chce nikogo straszyć, ale prawda jest taka, że zanim podpiszemy z kimkolwiek umowę na pakiety, wszyscy podlegają szczegółowemu dochodzeniu xD Tak samo rozpykiwałam Ankę w sieci, jak już jej potwierdziłam, że to Ona! A bo taka fajna dziewczyna, ciekawe skąd jest, czy ma faceta. Pamiętam jak wrzuciła na relację zdjęcie synka – i tutaj pojawiło się zaskoczenie, ale takie najlepsze. Kaja i Antek są w tym samym wieku, różni ich 5 miesięcy. Nie pamiętam jak to się wydarzyło, ale Anka na rozmowę przyjechala do nas do domu, wtedy też sama sprzedała się, że mieszka “ w okolicy”. W umowie miała swój adres – już wiedziałam, że w linii prostej dzieli nas kilometr, może półtora. Nie ma przypadków – jest fajnym człowiekiem, gadka się klei, robi piękne zdjęcia, mamy dzieci w tym samym wieku, te same problemy i w dodatku mieszka “w okolicy”. Potem okazało się jeszcze, że słuchamy podobnej muzyki, wybieramy podobne miejsca na spacery, a nasze facety chociaż jeszcze się nie znali, w naszych rozmowach wyglądali na zagubionych braci syjamskich. Nie wiem czy można mieć takie przeczucie czy intuicję, ale moja intuicja mówiła mi, że to nie będzie tylko fotografka na naszym ślubie.
Pamiętacie jeszcze jak wyżej użyłam słowa “rezo”? To nie przypadek, to standardowe słowo w naszym aktualnym słowniku. To był tylko początek, bo potem przy wielu okazjach okazywalo się, że my w tej samej chwili miałyśmy tą samą myśl. Tak jest do dziś! Jedna myśl wypowiada, druga krzyczy “nie zgapiaj”. Czasami nas to nawet lekko przeraża. Ostatnio (wrzesień 2026) kupiłyśmy sobie te same spodnie w ten sam dzień, bez chociażby drobnego zdradzenia się jedna przed drugą, że takie nam się podobają. Są to spodnie w panterkę. Dacie wiarę? Sick!
W każdym razie to “rezo” uwydatniło sie już na tamtym etapie i to było coś co chyba nade wszystko mnie intrygowało. Tak przynajmniej mi się wydaje. Ja jestem raczej osobą stałą w uczuciach przyjacielskich i idę wiernie z tą samą ekipą przez życie. Nie ma w moim życiu za dużo nowości – a tu nagle wjeżdża ona – Anka w kapeluszu. Prawie jak królik z kapelusza. Ciekawe..
Wybory kopertowe i ślub openerowy
Tuż po naszym spotkaniu rozpętało się prawdziwe piekło. W marcu 2020 roku pojawił się pacjent “0” koronawirusa w Polsce. Niedługo później zamknięto lasy, wprowadzono zakaz przemieszczania się po ulicach, zabroniono spotykać się w grupach.
Czy my za 3 miesiące nie mamy mieć ślubu?
Ance odwołały się prawie wszystkie śluby. Z tego co pamiętam w 2020 roku zrealizuje finalnie tylko trzy śluby. Pomimo wszystko całymi sercami, wierzyliśmy, że akurat nasz ślub się odbędzie! Chociaż nasz entuzjazm był gaszony niemal codziennie dawką “wydarzeń” o godzinie 19:00. Tak btw. pozbyliśmy się telewizji w domu – przestaliśmy to oglądać, żeby się tym nie karmić.
Braliśmy pod uwagę bezpieczeństwo uczestników naszego święta i dlatego uznaliśmy, że nasza forma jest w miarę bezpieczna, w końcu ceremonia i wesele miały odbyć się w plenerze.
Znaleźliśmy miejsce! I był termin. Ktoś nam bardzo pomógł – Pani sąsiadka pomogła z załatwieniem parku miejskiego, a kolega z już ex-pracy, załatwił nam miejsce idealne – dach jednego z hoteli w sercu miasta. Stanęło na 27 czerwca 2020 roku.
O ironioo losu! W BOVSKICH HISTORIACH nie politykujemy, nie podlegamy też ogólnopolskim trendom podziałowym. Ale polityka wdarła się też niespodziewanie w organizację naszego ślubu. Pamiętacie wybory kopertowe? Te, które się nie odbyły, ale za to odbiły się szerokim echem? Fiasko tych wyborów przyczyniło się do naszego szczęścia. Dlaczego? Nowe wybory prezydenckie rozpisano na dzień 28 czerwca 2020 roku. Dzień po naszym ślubie. Uznaliśmy, że po takim faux pas – nikt nie pozwoli sobie na usunięcie ich z kalendarza, a na wybory muszą znieść ograniczenia. Przypadek? Nie sądzę. Wyafirmowaliśmy ten ślub.
Co dalej?
Ślub zbiegał się z czasem mojego powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim. Kiedy wrociłam do swojej pracy okazało się, że ta nie wygląda już tak samo jak kiedyś. I nie mówię tu o środowisku pracowniczym, bo to zawsze byli dla mnie super ludzie, ale pandemia wprowadziła nowe mechanizmy – jedne dobre, drugie uciążliwe. Dobry mechanizm – praca zdalna. Zakosztowałam w takiej formie pracy. Kręcił mnie fakt, że nie muszę stać w porannych korkach. Tylko wstaję, przygotowuję się i siadam do pracy. Zaczęłam fantazjować, że taka niezależna praca byłaby dla mnie super rozwiązaniem. Zły mechanizm – upowszechnienie spotkań online, a tym samym brak wyjazdów za granicę. Esencją mojej pracy była współpraca transgraniczna i kontakty z innymi odpowiednikami za granicą.Czułam, że moje stanowisko straciło swój sens.
W tym samym czasie Anka publikowała zdjęcia, robiła fajne kreatywne rzeczy. Ja na to patrzyłam i czułam się co raz bardziej przytłoczona myślami o zmianie. “Zazdrościłam” jej trochę tego niezależnego artystycznego świata.
W tle grała mi też melodia moich życzeń urodzinowych i czułam, że gdzieś w środku we mnie zrywa się jakiś nowy wiatr. Tylko nie wiedziałam skąd i w jakim kierunku ten wiatr zawieje. W tym wszystkim pamiętałam też cały czas o moich przekonaniach, że chciałabym więcej.
Nasz film ślubny
Żebyście zrozumieli co nastąpi dalej zostańmy jeszcze przy naszym ślubie. Odbył się! Był piekny, taki jaki sobie wymarzyliśmy, z pogodą jak na końcówkę czerwca i czas openera przystało. Najpierw tonęlismy w upale, potem w ulewie. Ale było pięknie! Nawet wtedy jak mój piekny, drewniany napis LOVE z retrożarówkami zakryli czarnymi workami na śmieci, żeby nie doszło do uszkodzeń i przepięć. Nawet jak Kasia – moja psiapsi i świadkowa musiała mi ciąć suknię, bo deptalam materiał i nawet wtedy kiedy mój mąż razem z moją chrzestną tańczyli w środku ulewy do nut deszczu, bo Przemek musiał zabezpieczyć sprzęt. Atmosfera – plus milion! Wyszliśmy głodni z naszego wesla, a to oznaczało tylko jedno – było extra, bo bylismy ze wszystkimi. Pamiętam jak wszyscy wyszli już z dachu i zostalismy sami samiusieńcy – wyprosilśmy kelnera, żeby zostawił nam jedną tacę fingerfoodów, usiedliśmy. Maciek przez bitą godzinę wyplątywał mi moje piękne koraliki z włosów. Te splątały się w supełki w rekacji na ulewę.
Jakoże Ania nie miała za dużo tych ślubów przez pandemię, zdjęcia mieliśmy wyjątkowo szybko. No i co tu dużo mówić – był sztos! Do dzisiaj przeglądamy je ze specjalnymi uczuciami.
Jedyna rzecz, której najbardziej na świecie żałowaliśmy to brak tego filmu. Na nasze szczęście mieliśmy suepr świadka, który ogarnął nam na swoim aparacie coś w rodzaju mikroreportażu z łapki – i to co trzeba mu oddać to fakt, że w 15 min oddał ducha tego dnia, wyłapał emocje i za to będziemy mu wdzięczni do końca życia. Ale dzisiaj z ręką na sercu – nie dopuściłabym już do takiej sytuacji. Jeżeli kiedykolwiek przyjdzie nam odnowić przysięgę – Jadusińska będzie gościem, a film oddam w ręce dobrego storytellera. Czy nasz brak filmu wkrótce odbije się na moim życiu i czy to właśnie na ten wiatr czekam?
Tolka
Mijają kolejne miesiące, z Anką mam już relacje niemal jak z najlepszą kumpelą. Zapoznajemy naszych mężów i otwieramy nieformalny klub “81” – jeżeli kiedykolwiek usłyszycie nas wymieniające się określeniami np. “Jak na 81 przystało…” – rozmawiamy o Maćku i Przemku. Rozmawiamy o zdjęciach, o branży ślubnej, o moich zdjęciach. Anka zaczyna wprost mówić mi o tym, że ona od dawna szuka drugiego fotografa, żeby zrobić duet i pracować we wzmocnionym składzie. I kiedy te rozmowy wchodzą na bardziej zaawansowany poziom, a mojej głowie już tli się widmo zmiany i poczucia, że to jest ten “kolorowy wiatr” z bajki Pocahontas –
….dzieją się dwie rzeczy jedna po drugiej. Kasia i Dawid – nasi przyjaciele (Kasia moja świadkowa) informują nas, że zaręczyli się. My niedługo później odwdzięczamy się informacją – jesteśmy w drugiej ciąży.
Wtedy pomyślałam sobie “OMG” – no najlepszy moment sobie wszyscy wybraliśmy, niezła kumulacja. Ale ten moment okazał się naprawdę najlepszy – tylko to się okaże za kilka miesięcy. Wtedy kiedy będę się już toczyć w ósmym miesiącu ciąży i będę jeździć z walizkami do porodu po plenerach ślubnych.
Pierwsze koty za płoty i w branżę!
Ślub Kasi i Dawida zbliżał sie wielkimi krokami, tak samo szybko jak termin mojego drugiego porodu. Pomimo tego, że nie byłam zaangażowana formalnie w przygotowania, a fukcje skrzydłowych Kasi dostały Karolina i Magda na spółkę. Kasia często konsultowała się w jakiś sprawach organizacyjnych, bo byłam “najświeżej” z tematem. Kasia z Dawidem zdecydowali się z resztą na fotografię u Anki i to chyba była też, jedna z pierwszych zaklepanych u nich usług. Z moich rozmów z Kasią wiedziałam też, że podobnie jak my – Kasia i Dawid nie będą mieli filmowca. Z tą różnicą, że ja wiedziałam już, że to straszny błąd. Wiedząc, że nie mają na to budżetu pomyślałam “HHmmmmmmmm. Skoro wiem jak użyć sprzętu, wiem jak kadrować, a i tak nie będę pierwszą parą parkietu na ich ślubie (przypominam ósmy miesiąc ciąży), to gdybym tak poświęciła kilka popołudni na douczenie się na YT jak zmienić technicznie ustawienia pod film i jak ogrnąć inne technikalia jak odsłuch itd. – to może zrobiłabym im taki film jak marzył się mi wczesniej?” Poszłam z tym pomysłem do Kasi i Dawida i zapytałam ich co oni na to. W sumie nie pamiętam tak dokładnie co powiedzieli, ale raczej było to entuzjastyczne nastawienie i radość z tego, że jednak będą mieli pamiątkę w formie filmu.
No to poszłam na te youtuby i zaczęłam szukać wszystkich przydatnych informacji. Jak mnie nie znacie to ja jestem z tych osób, które jak złapią zajawkę to robią z danego tematu doktorat i nie skończą dopóki nie będą pewne tego co robią. Tak nauczyłam się o klatkażach, o ustawieniach, i rozwinęłam dużo innych podobnych zagadnień.
Potem poszłam do Anki i powiedziałam jej “stara nie chce Ci przeszkadzać, aaaaale.. będę robić film”. Przypomnijmy sobie, ze w 2020 roku nie było czegoś takiego jak asystent AI do usuwania “orek” z kadrów, a ja już przypominałam powoli “orkę”. Ustaliłysmy z Anką zasady gry na warunkach, że ja też jestem. Anka opowiedziała mi o swoich doświadczeniach z filmowcami na weselach i za co ich śmiertelnie nie lubi. A ja nie chciałam stracić fajnej kumpelki, więc uznałam “OK. Challange accepted”.
Ślub Kasi i Dawida był przełomem ostatecznym, tylko nikt z nas nie spodziewał się tego, że zamiast duetu foto&foto skończymy jako duet foto&film. Film zmontowałam na krótko po ślubie, gonił mnie termin, ale ten z umowy na pakiet baby. Pamiętam moment jak wysłałam link do Kasi, do Dawida i do Anki. Taaaa jebitna cisza. Czułam się jakbym miała za chwilę znowu bronić pracy magisterskiej, albo miała zdawać jakiś trudny egzamin na studiach. I ta cisza trwała i trwała. A potem zabimbał telefon:

Niedługo później zadzwoniła Anka i powiedziała mi przez telefon “Bovska my nie będziemy duet foto&foto, my będziemy duet “foto&film”. Ja już czułam całą sobą jak wchodzę w ten świat. Wydaje mi się, że ja już wtwdy wiedziałam, że nie wrócę do starej pracy po urlopie macierzyńskim, ale wiedziałam też, że to jest mój najlepszy moment, żeby sprawdzić siebie i dać czas na rozwój marki, jednocześnie mając mniej więcej zabezpieczony grunt pod nogami z alternatywą powrotu do starego życia. I po prostu popłynęłam z prądem.
BOVSKIE HISTORIE
Czy wiecie co to jest siostrzana siła? Czy uwierzycie, że na tym świecie są jeszcze ludzie, którzy życzą sobie dobrze i bezinteresownie pomogą Ci na starcie w nieznane? Taką moc dała mi Anka – ta dziewczyna w kapeluszu z Alternatywnych Targów Ślubnych. Nigdy nie wzięła ode mnie nic, a dała mi cały know-how jaki miała na ten czas zebrany ze swojego doświadczenia. Obdzwoniła wszystkich swoich ślubniaków z trwającego i kolejnego sezonu ślubnego i zapytała swoich ślubniaków czy mają już filmowca. W tym samym czasie urodziła się Tolka. Dwa miesiące po narodzinach drugiej córeczki biegałam już z aparatami na pierwszych ślubach. Z perspketywy czasu stwierdzam, że miałam wtedy naprawdę dużo siły, w moich własnych oczach byłam prawdziwą siłaczką. W jednym roku urodziłam dziecko, wychowywałam starsze i stworzyłam wspólnie z Anką nasze kolejne dziecko. Był tylko jeden szkopuł. To dziecko wciąż nie miało nazwy.
Pewnego popołudnia umówiłyśmy się z Anką na pickę w Pobitych Garach na Garnizonie. Nie pamiętem czemu akurat tam, ale w sumie fajna klamra spinająca naszą historię. W końcu poznałyśmy się tuż obok w Maneżu. Nie pytajcie ile tego dnia padło propozycji nazw naszej marki wspólnej, ale byłyśmy zgodne w jednym – wiedziałyśmy, że w nazwie lub w sloganie musi pojawić się słowo “historie”, bo to właśnie historie ludzi chciałyśmy opowiadać poprzez nasze kadry.
Byłyśmy wypomowane. Pamiętam, ze miałam na sobie jakiś sweter, bo było już zimno, ale burza mózgów sprawiła, że płynęłam. I wtedy któraś z nas (i tutaj na serio nie powiem, która bo nie chcę ani wprowadzać w błąd, ani przypisywać na siłę do któreś ten czyn) palnęła “BOVSKIE HISTORIE”.
Mogę zaryzykować, że za rzuceniem hasła stała Anka, bo pamietam też moją reakcję pod tytułem “no ale ta nazwa może się nazbyt kojarzyć ze mną”. Ale uznałyśmy, że ta nazwa naturalnie spełnia wszystkie nasze oczekiwania – jest catchy, jest niedopowiedziana i ma w nazwie “historie”, więc jest najlepszą dla nas opcją. I tak zostało
Teraz
Dzisiaj mamy 2026 rok, mineło ponad 6 lat od poznania Anki, skończyłam 5 pełny sezon ślubny. Nie zamieniłabym tej historii na żadną inną historię. W życiu wszystko dzieje się “po coś”. Jestem wdzięczna życiu. Wdzięczna życiu za postawienie mi na drodze tej dziewczyny w kapeluszu. Za to, że to właśnia była Anka. Jestem wdzięczna za przyjaciół, którzy mi dobrze życzyli zawsze, ale w odpowiednim czasie dmuchali w skrzydła i pchali do przodu. Przyjaciół, którzy nie obrażają się na mnie, że nie mam dla nich tyle czasu ile chciałabym mieć, bo ciagle jestem w pracy, wtedy kiedy oni mają wolne. Są zawsze. Jestem wdzięczna Kasi i Dawidowi za to, że nie powiedzieli “nie” i za to, że na ich wizerunkach byłam w stanie jakokolwiek zacząć. Jestem wdzieczna rodzicom i siostrze, że tak samo uwierzyli we mnie i pomagali mi zawsze kiedy musiałam być w pracy, a nie chciałam żeby dziewczynki czuły się “zaniedbane”. Ale najbardziej to jestem chyba wdzięczna Maćkowi, za to że był i jest zawsze obok. Za to, że pozwolił mi na to szaleństwo. Nigdy nie powiedział – nie! A z czasem sam wszedł w moje buty i dzisiaj jest częścią filmowych Bovskich Historii.
Ale żeby nie było zbyt patetycznie to swoim stylu powiem, że każda robota, nawet ta robota marzeń ma swoje ciche demony. I te demony pukają i próbują wkraść się raz na jakiś czas i narobić mi mętlik w głowie, wyprowadzić mnie z równowagi, na chwilę stracić cierpliwość i serce do pracy. Dzisiaj jest czas kiedy uczę się asertywności i staram się trzymać balans.
I żeby zakończyć to tak jak zaczęłam – teraz mam dwie kruszyny. I ciesze się, że mogę im dać obraz mamy, która nie porzuciła swojej chęci poznawczych, która może nie jest już tak bardzo beztroska, ale ambitnie realizuje swoje cele, spełnia marzenia i zmieniła hobby w swój zawód. Dla mnie to nie ma ceny! I na tym zakończę.